Lifestyle

Agnieszka Stopyra Mam wieczny niedosyt [WYWIAD]

Aldona Sosnowska Aldona Sosnowska
Zdjęcia archiwum prywatne
15 lutego 2020

Jest zaskakująco delikatna i wrażliwa, jednocześnie bardzo wobec siebie wymagająca. Kocha to, co robi, przyznaje jednak, że miłość ta bywa dla niej destrukcyjna. Agnieszka Stopyra została uznana za jedną z najbardziej utalentowanych graficzek i ilustratorek mody. Tworzy w unikalnym kolażowym stylu, w którym widać wpływy pop artu, surrealizmu oraz dekonstrukcji. Współpracuje z magazynami mody, projektantami oraz znanymi międzynarodowymi markami. Jej prace znajdują się też w prywatnych kolekcjach.

Dwa lata temu przeprowadziłaś się z Krakowa do Warszawy. Dobrze się tu czujesz?

Bardzo dobrze. Oddycham z tym miastem, czuję wspólny rytm. Chociaż przyznam, że bałam się Warszawy.

Dlaczego?

Długo mieszkałam w Krakowie i zmęczyło mnie to miasto. Ten brak balansu między klimatem wielu zakątków, nasyceniem artyzmem a hermetycznością, brakiem przestrzeni. To ostatnie znalazłam tutaj. Warszawa daje przestrzeń. Dużo tu miejsca na dziwactwa, na neutralność, na bycie sobą.

Czujesz się tu na miejscu?

Zdecydowanie. Miałam przyjechać na chwilę, pewnie zostanę na dłużej. Trochę tu pobędę i ruszam dalej w świat. Ten bardziej artystyczny.

Co było impulsem, żeby przeprowadzić się akurat do Warszawy?

To, że w pewnym momencie mojego życia osiądę na jakiś czas w Warszawie, było tylko kwestią czasu. Tutaj w dużej mierze działa większość moich klientów, tu działa prężnie środowisko modowe, z którym przecież współpracuję. Bywałam tu często. Ale myślę, że w tę zmianę miejsca była wpisana też jakaś potrzeba znalezienia kawałka własnej przestrzeni na kreację, artystyczną wrażliwość, na pewien luksus bycia szczęśliwym.

Bardzo podobają mi się twoje prace. Czy ty spełniasz się w tym, co robisz?

Wiesz, ja mam wieczny niedosyt. Cały czas eksperymentuję, szukam nowych stylistyk, bawię się artyzmem, oscylując między modą, sztuką, kobiecością. Totalnie uwielbiam to, co robię, tylko to jest taka miłość trudna. Z jednej strony daje mi niesamowicie dużo satysfakcji, z drugiej jest dla mnie destrukcyjna trochę.

W jakim sensie?

Sporo od siebie wymagam, a w dodatku tkwi we mnie mocna mieszanka perfekcjonizmu i niecierpliwości. Pewien stymulujący niedosyt w tej pracy jest jak najbardziej wskazany, bo nakręca cię do poszukiwań, wyjścia poza schematy. Ale czasem przejawia się w potrzebie bycia w innym punkcie, w stworzeniu sobie artystycznej przestrzeni wypełnionej bezkompromisową swobodą twórczą. Marzenie.

Nie zdarzyło się to do tej pory? Przecież współpracujesz z topowymi markami.

To prawda, i faktycznie miałam takie momenty, że dostawałam dużo przestrzeni na własną ekspresję twórczą. Ale to jest rzadkość, bo wszystko jest zawsze korygowane przez brief, przez wizję klienta, pewne zapotrzebowanie branżowe.

No tak, jeśli jednak wykorzystujesz swój talent komercyjnie, musisz liczyć się z tym, że nigdy nie dostaniesz pełnej swobody. Coś za coś.

Otwartość na pewne kompromisy jest wpisana w ten zawód. I być może prawdziwa ekspresja twórcza ma miejsce pomimo pewnych ram, ograniczeń. Może właśnie to jest kwintesencją sztuki: operowanie ograniczonymi środkami, odnalezienie swojej metaforycznej artystycznej przestrzeni w pewnej zastanej sytuacji. Niezwykle ważna jest subtelność w komunikacji. Łatwo zmiażdżyć czyjąś estetykę, wejść w kompetencje artysty i narzucić mu własną wizję, w dodatku niepodpartą wiedzą czy doświadczeniem w projektowaniu graficznym.

Każdemu wydaje się, że potrafi to samo, albo lepiej.

Tak bywa, jasne, ale o ile łatwo jest obronić pewną wizję graficzną – rozkład kompozycji, nieprzypadkowy dobór barw – która jest składową twojej wiedzy, teorii, doświadczenia, o tyle trudniej, jeśli w ogóle to możliwe, obronić jest własną stylistykę, pewien klimat twórczy, w które niekiedy pewna przypadkowość jest wpisana.

Jak reagujesz na tego rodzaju uwagi? Bierzesz je do siebie?

Oczywiście. (śmiech) Ja jestem w ogóle osobą o dużej wrażliwości i dużo rzeczy biorę do siebie.

Jesteś emocjonalna?

Jestem. I w pracy akurat bywa to obciążające.

Artysta powinien być emocjonalny, nie uważasz? To świadczy o poziomie jego wrażliwości. Czy ty robisz dużo prac wyłącznie dla siebie, z własnej potrzeby?

Wiesz co, chyba ciężko odpowiedzieć na to pierwsze pytanie, nie dokonując jednocześnie pewnej stereotypizacji postaci artysty. Ja swoją emocjonalność uwielbiam. Bardzo zrosła się z moim życiem artystycznym, z tą twórczą częścią mnie, często to właśnie ona jest dla mnie ogromnym stymulatorem do kreacji. Natomiast co do drugiego pytania – nawet jeśli nie pracuję akurat nad własnym projektem, to i tak czuję, jakby to było dla mnie coś niezwykle ważnego. Uwielbiam to, co robię, praca nad każdym projektem jest dla mnie niemal mistycznym przeżyciem. Trudno to opisać. To taka kakofonia fascynacji, ukojenia, magii. Poczucie połączenia ze światem.

Czy ten właśnie moment jest dla ciebie najważniejszy? Kiedy praca nabiera ostatecznego kształtu?

Są dwa takie momenty. Pierwszy, kiedy siadasz nad absolutnie czystą płaszczyzną. Masz oczywiście ramy, których musisz się trzymać, jakieś wytyczne, ale masz totalną wolność artystyczną. Chłoniesz bodźce z otoczenia, kolekcjonujesz inspiracje. To jest magiczny moment, bo wybierasz spośród wielu dróg, które masz przed sobą. Później następuje trochę zmęczenie pracą – trzeba odejść od tego projektu na dzień, dwa, jeśli ma się na to czas. Drugim takim momentem jest kończenie projektu: dopieszczanie go, cyzelowanie kresek i kropek. Czujesz wtedy więź z tym, co zrobiłeś.

A co jest dla ciebie inspiracją przy tworzeniu?

To kwestia bycia otwartym na różne bodźce. Ja inspirację czerpię niemal ze wszystkiego: od pokazów mody, przez kampanie reklamowe, po swoje ulubione albumy o sztuce. Bardzo lubię polską szkołę plakatu za sposób, w jaki operuje symbolami, za kreskę, błyskotliwość w ujęciu tematyki. Uwielbiam sztukę, nie wyobrażam sobie w ogóle rozpoczęcia pracy bez zajrzenia w ten świat. To jest taka moja baza, od której zawsze zaczynam.

Wiem, że jesteś absolutną fanką twórczości Andy’ego Warhola. Skąd twoja wielka miłość do niego? Utożsamiasz się z nim w jakiś sposób? Fascynuje cię jego osobowość?

Uwielbiam Andy’ego!

Czy dostrzegasz podobieństwo pomiędzy sobą a nim? Na poziomie wrażliwości na przykład?

Utożsamienie czy podobieństwo to zbyt mocne słowa, natomiast pewien podziw z nutką fascynacji – jak najbardziej. Wiesz co, Warhol to postać absolutnie charyzmatyczna, ale też bardzo zaburzona mimo wszystko. Destrukcyjna, toksyczna. Ten facet robił coś takiego z ludźmi, że niesamowicie przyciągał ich do siebie, wydobywając ich wyjątkowość i w pewien sposób budując ją. Tworzył tak magnetyczne, toksyczne relacje, że ludzie z jego kręgu czuli niemal jedność z Warholem. Wielu z nich sądziło, że to oni byli Andy’m Warholem! Nie wiem, czy on lgnął do nich, czy oni do niego, ale później często ci ludzie czuli się wypluci, wykorzystani. Natomiast to, co mnie w nim ujmuje, to pomysł na siebie. Andy wykreował Andy’ego od stóp do głów, od sposobu chodzenia, dobierania słów, po przestrzeń, w której tworzył. Jest jakaś magia w tej postaci. Jakieś kolorowe niedopowiedzenie. Kakofonia kiczu, wielkości, megalomaństwa. Talentu mimo pogardy ówczesnych artystów, pop-artystów, wyszydzeń. Doszedł do absolutnie wielkich rzeczy dzięki własnej kreatywności, jakiejś takiej bezkompromisowej wiary we własną ekscentryczność. Uwielbiam tego człowieka.

Ty w siebie wierzysz?

Zależy kiedy.

Jak to możliwe? Jesteś przecież bardzo utalentowana. Uznano cię za jedną z najzdolniejszych graficzek i ilustratorek mody.

Ja się dopiero rozpędzam. (śmiech)

Ile masz lat?

31. (śmiech)

I uważasz, że jesteś na początku drogi? (śmiech)

Uważam, że jestem tam, gdzie powinnam być. We własnym mikroświecie, który jest zgodny z moim poczuciem estetyki, otwartym na drobne kompromisy, ale mocno osadzonym w poczuciu słuszności tego, co robię. Pulsującym fascynacją wieloma rzeczami, niemal zachłanną ciekawością świata. Mikroświecie, którego zabieram w drogę ku realizacjom kolejnych, genialnych pomysłów artystycznych. I po marzenia.


Współpraca