Beauty

12 pytań do… Pauliny Holtz

Klaudia Charzyńska Klaudia Charzyńska
Zdjęcia mooveme.pl
23 czerwca 2020

Popularność zdobyła grając w serialu „Klan” oraz na deskach wielu warszawskich teatrów. Oprócz aktorstwa ma tyle pasji, że nie sposób omówić wszystkich przy porannej kawie. Paulina Holtz zaskakuje wyjątkową otwartością i bezkompromisowym podejściem do wszystkiego, co robi. Żyje bardzo aktywnie, bo szkoda jej każdej chwili.

W moim życiu jest tyle sportu dzięki… Rodzicom. Tata pływał, boksował i był w kadrze polski w kendo. Mama pochodzi z domu, w którym nie przywiązywało się wagi do tego, czy ktoś potrafi pływać, jeździć na rowerze czy grać w tenisa. Z własnej inicjatywy włączyła sport do swojego życia, trenowała m.in. gimnastykę akrobatyczną, a później dbała o to, żebym ja spróbowała niemal każdej dyscypliny, zanim dorosnę. Jeździłam więc na wrotkach, na rolkach, konno… Jako jedna z pierwszych dziewczyn w Polsce robiłam również triki na deskorolce, na Saskiej Kępie, gdzie wtedy mieszkaliśmy. Wspólnie z mamą uczyłyśmy się jeździć na nartach. Zawsze miałam jednak słomiany zapał, trenowałam rok czy dwa i odpuszczałam. To mi właściwie zostało do dziś, jednak przez lata dyscypliny się nagromadziły, różnorodność jest większa i mogę korzystać z nich w sposób stały.

Uprawiam wiele dyscyplin, bo… po prostu kocham ruch. Kiedy zajmujesz się wieloma sportami, układ nerwowy przyzwyczajony jest do różnorodnych bodźców. Dzięki temu każda nowa dyscyplina przychodzi mi z łatwością, sprawia frajdę i przez to znowu wpadam w pułapkę kolejnej aktywności. (śmiech)

W aktywności najbardziej lubię… robić rzeczy przy okazji. Nie trenuję każdego dnia, a dziś na przykład mogłam przyjechać na spotkanie z tobą na wrotkach, za którymi tęskniłam. Ruch to dla mnie nie jest fitness przez dwie godziny w tygodniu, tylko to, co robimy codziennie: każde schylenie się, wejście po schodach, przejście od przystanku do przystanku zamiast podjechania autobusem, niesienie zakupów. Ruchem jest przemieszczanie się rowerem czy spacerowanie. Jeśli mieszkamy na dziesiątym piętrze, spróbujmy wchodzić regularnie chociaż na trzecie. Z czasem na pewno uda nam się wejść na piąte, a w końcu i na dziesiąte piętro. Codzienny ruch, nawet pozornie niewielki, daje lepsze efekty od sporadycznych ćwiczeń, które skreślamy z listy jak przykry obowiązek.

Dzień zaczynam od… śniadania. Najczęściej jest bardzo proste i sycące, np. owsianka z owocami na mleku roślinnym. Śniadanie to dla mnie najważniejszy posiłek dnia. Mamy też taki rodzinny zwyczaj, że raz w tygodniu przygotowujemy obfite śniadanie, czyli naleśniki albo pankejki bananowe, które często piecze moja młodsza córka. Moim porannym rytuałem jest też przemywanie twarzy wodą, najchętniej zimną. Zdarzają się oczywiście dni, kiedy brakuje mi czasu, więc najpierw się ubieram, a później w pośpiechu ogarniam kolejne etapy poranka.

Jeśli chodzi o jedzenie… bardzo lubię kuchnię tajską, bo można łatwo przygotować wegańskie odpowiedniki dań typu pad thai czy zupa na mleku kokosowym. Często jadam też makaron z warzywami oraz hummus, a na śniadanie proste placki z kaszy gryczanej, które bardzo lubię. Białą niepaloną kaszę namaczam dzień wcześniej, rano przepłukuję kilkakrotnie, dodaję do niej mleko roślinne, miksuję na gładką masę i smażę. Są cudowne przez to, że można je przyrządzić na słodko lub słono – jako piramidę z masłem orzechowym i owocami, jogurtem lub śmietaną wegańską czy z dodatkiem sera z nerkowców i grubym plastrem pomidora. Mam też ulubione danie, które zamawiam zawsze w wegańskiej restauracji Veganda przy Placu Zbawiciela w Warszawie. To… „schabowy” z młodymi ziemniakami i mizerią, który jest pyszny, tłusty i panierowany. Na co dzień raczej nie jem takich rzeczy. Mimo tego, że za każdym razem przeglądam kartę dań, to do tej pory nie zjadłam tam nic innego. (śmiech)

Moja droga do weganizmu zaczęła się… gdy miałam 15 lat i przestałam jeść większość mięs, zostały jedynie ryby i owoce morza. Tak było przez kolejne dwadzieścia parę lat, aż poznałam Emila Stanisławskiego, który jest weganinem i z którym zaczęłam treningi z kettlebells. Spędzaliśmy razem dużo czasu, a grupa wegan trenujących w Akademii Kettlebells Warszawa stawała się coraz większa. Już wtedy bardzo rzadko jadłam ryby czy owoce morza, postanowiłam więc, że zrezygnuję z nich całkiem i sprawdzę, co się wydarzy. Uczyłam się zamienników, coraz więcej wiedziałam na temat weganizmu oraz tego, co jest ważne w sporcie, gdy przechodzi się na taką dietę. Mimo, że był to dla mnie pod względem fizycznym ciężki czas, ponieważ zdawałam egzaminy instruktorskie oraz robiłam wyzwanie siłowe Top Team, regenerowałam się błyskawicznie. Miałam łatwiej, bo nie tęskniłam za smakiem mięsa, ale włożyłam dużo energii w zdobycie wiedzy na temat nowego sposobu żywienia. Jedynym produktem, którego wciąż mi brakuje, a dorównujące mu zamienniki nie są dostępne, jest biały ser.

W mojej kosmetyczce zawsze jest… krem pod oczy. Mam cienką, delikatną skórę pod oczami i uczucie jej ściągnięcia jest dla mnie bardzo męczące. Świetnie sprawdzają się w takich momentach kremy marki Louis Widmer. Uwielbiam również produkty pielęgnacyjne Arbonne, natomiast szampony i mydła kupuję w mydlarni Cztery Szpaki. Choć w moim zawodzie nie zawsze mogę wybierać, to staram się używać produktów wegańskich i cruelty-free. Niestety nie należy do nich marka Kanebo Sensai, z której mascara 38C jest dla mnie nie do zastąpienia. Jest wodoodporna, a zmywa się po prostu ciepłą wodą (powyżej 38 st.), nie trzeba więc używać dodatkowych produktów do demakijażu.

Moje ostatnie odkrycie kosmetyczne… krem do szyi i dekoltu firmy Lavido. Oczywiście wegański i ekologiczny. Świetnie oddziałuje na skórę, zwłaszcza rano, gdy wymaga ona porządnego nawilżenia i uelastycznienia.

Perfekcyjna chwila tylko dla siebie to… przede wszystkim wieczorny relaks w wannie. Do tego cisza, książka, herbata i czasem – bo alkohol piję rzadko – kieliszek bardzo dobrego białego wina. Uwielbiam też masaże, a jednym z moich ukochanych, totalnie relaksujących, jest ten przy użyciu gorącego oleju sezamowego. Korzystam z niego zawsze w hotelu Unitral w Mielnie. Zabieg trwa 2,5 godziny i czuję się po nim jak zupełnie inny człowiek. Z kolei sięgając do wspomnień z dzieciństwa i tego, co dziś trudno odtworzyć, szczytem komfortu jest dla mnie biała, wykrochmalona, pachnąca pościel i gigantyczne poduszki, które pamiętam z domu babci. Do tego uchylone okno, lekka bryza poranka… prawdziwy luksus!

Bez makijażu czuję się… komfortowo. Gdy wychodzę z domu, zwykle jedynie rozświetlam skórę pod oczami i tuszuję rzęsy. Zwłaszcza latem, gdy od słońca zaczynają się pojawiać na skórze piegi. Biorąc pod uwagę mój zawód, w którym makijaż jest zazwyczaj koniecznością, cieszę się, kiedy mogę od niego odpocząć.

Moje kolejne wyzwanie… Jest ich sporo. Coraz więcej osób prosi mnie o sesję fotograficzną. Mimo, że fotografuję od niedawna, mam sporo chętnych do współpracy. Moje zdjęcia można obejrzeć na profilu @By_Yasama na Instagramie. Wyzwaniem sportowym natomiast jest współpraca z marką Salomon, której zostałam teraz ambasadorką. Mam poczucie, że dostrzegli we mnie tę różnorodność pasji i to, że jestem osobą aktywną. To przyciąga ludzi do siebie i jest świetne, bo razem możemy zrobić coś fajnego. W pełni jest też sezon strzelecki, więc często jeżdżę na zawody IPSC, dyscypliny, którą uprawiam i sporo trenuję.

W swoim życiu cenię dziś najbardziej… pewien rodzaj wszechstronności, otwartości. To, że mam kontakt z ludźmi z przeróżnych środowisk, że nie jestem zamknięta wyłącznie w swoim aktorskim świecie. Zwykle nie mam też poczucia, że w moim życiu panuje pustka – tyle rzeczy robię, tyle mnie interesuje. Z wiekiem widzę też u siebie więcej odwagi i zdecydowania. Kilkanaście lat temu weekendowy wyjazd był dla mnie wyprawą – wymagał zaplanowania, przygotowania. A dziś, gdyby ktoś zapytał, czy mam trzy wolne dni, w kilka minut spakowałabym siebie i moje dziewczyny, i ruszyłabym w drogę. Mam silne przekonanie, że nie jest ważne, co ze sobą zabierasz, ale żeby być, doświadczać, robić to, co się kocha i spędzać czas z ludźmi, których lubisz. Nie ma sensu czekać na coś, bo to się może nigdy nie wydarzyć, a czas się przecież dla nas nie zatrzyma. Moja starsza córka przypomniała mi ostatnio: „mamo, za pięć lat będę już pełnoletnia”. Pomyślałam: zaraz, to przecież ja powinnam mieć 18 lat! Dlatego dziś szkoda mi czasu na zastanawianie się. Zamiast tego warto rzucać się na głęboką wodę i robić ciekawe rzeczy.


Współpraca